Zdarzyło się kiedyś, że sztorm zastał Morską Małpę w pobliżu skalistej mielizny. Dzięki heroicznemu wysiłkowi całej załogi udało się ocalić okręt. Połamane maszty i liczne uszkodzenia kadłuba uniemożliwiały jednak dalszą podróż. Gdy tylko wiatr ucichł i niebo przejaśniało, zapadła decyzja o podpłynięciu do najbliższej wyspy i dokonaniu niezbędnych napraw. Rosnące na niej drzewa wydawały się aż nadto dobrym materiałem dla wilków morskich nawykłych do naprawiania żagli chustkami do nosa a dziur w burtach resztkami połamanego fortepianu.
Wyspa wyglądała na niezamieszkałą. Gdy tylko postawili stopy na jej piaszczystym wybrzeżu, Kapitan orzekł, że pójdzie ją zbadać. Zapowiedział przy tym załodze, że jeśli do jego powrotu maszty nie będa stały, sam zbuduje nowe, jako budulca używając ich nóg. Uprzednio wyrwawszy im je z leniwych tyłków, ma się rozumieć. Niektórzy marudzili pod nosami, inni przyjęli to skinieniem głowy i zabrali się do roboty. Tylko Kozak się uśmiechał. Brak rąk zwalniał go od pracy, brak nóg zaś czynił niewrażliwym na podobne groźby.
Krakobrody tymczasem ruszył pewnym krokiem w głąb wyspy, szybko znikając im z oczu. Plaża szybko przeistoczyła się w las, ten zaś zdawał się gęstnieć z każdym przebytym metrem. Wyspa - jak zauważył kapitan mijając kolejny krzak, który zasadzili harcerze - nie tylko wydawała się bezludna, ale też bezzwierzna. W zaroślach poruszały się jedynie liście targane delikatnym wiatrem. Poza tym nic. Żadnych komarów, żadnych wiewiórek. Ani jednego tybetańskiego wyżła parzystokopytnego. - Nuda - szepnął Krakobrodemu wewnętrzny głos. - Ale z drugiej strony... cisza i spokój - podpowiedział drugi głos i Kapitan zaniepokoił się nieco, że owych głosów przybywa.
Nie miał jednak czasu by to długo i mądrze rozważać, bowiem zupełnie niespodziewanie gęstwina skończyła się i znalazł się na niedużej polanie. Na wprost niego, znajdowało się nieduże wzniesienie, na jego szczycie sporych rozmiarów płaski kamień, na kamieniu zaś, zupełnie pokaźna mackowata istota. Dziesiątki macek wijących się i oplatających jedna drugą. W błyszczącej, ciemnoszarej plątaninie ciężko było doszukać się głowy czy innej kończyny. "Mackość nad mackościami i wszystko mackość" - pomyślał sentencjonalnie pirat, powoli obchodząc stwora dookoła.
- Pomóż mi! - odezwał się potwór głosem skrzekliwym, choć niewątpliwie kobiecym. Krakobrody przystanął szukając wzrokiem otworu gębowego, który mógł wydać podobny dźwięk. Nie znalazł.
- Pomóż mi! - powtórzyła istota z naciskiem.
Wiem - pomyślał kapitan w przebłysku olśnienia. To musi być halucynacja. Wszystko przez ten lewy alkohol. Nigdy więcej rumu bez banderoli.
- Pomóż... - głos mackowatego czegoś, jakby słabł.
- Nie mam w zwyczaju pomagać mackowatym potworom - odezwał się w końcu mężczyzna.
- Nie jestem potworem tylko piękną księżniczką! - zaoponował stwór.
- Bez urazy - odparł kapitan znów okrążając kamienne siedzisko - ale znałem w życiu parę księżniczek. I miały... hmm... troszkę inny kształt - na potwierdzenie swoich słów nakreślił w powietrzu kobiecą sylwetkę podkreślając istotne szczegóły.
- Zaczarowano mnie, głupi! - wrzasnęła księżniczka/potwór i plasnęła wilgotną macką o skałę.
- W porządku - przyznał Krakobrody - Temperament masz jak księżniczka. Czy zechcesz zdradzić mi swoje imię?
- Mirella - odparła zaczarowana, a jej głosik zrobił się nagle słodki jak ptyś z toffi. Pewnie zatrzepotała by w tym momencie rzęsami, gdyby takowe posiadała.
- A więc droga Mirello... Jak mogę Ci pomóc?
- Odczaruj mnie! - zażądała.
- W jaki sposób - zapytał spokojnie zatrzymując się w miejscu. Okrążył skałkę już kilkakrotnie i wciąż nie wiedział z której strony księżniczka ma przód, a z której tył.
- Pocałuj mnie w mackę...
- Słucham? - Odparł zdziwiony kapitan, cofając się o krok.
- Żartowałam - powiedziała natychmiast Mirella, choć w jej głosie dało się słyszeć odrobinę zawodu. - Musisz zabić czarodzieja, który mi to zrobił.
- To się da zrobić - Pirat odzyskał rezon. - Gdzie znajdę tego niegodziwca?
- Wynajmuje domek po drugiej stronie wyspy. Tam go znajdziesz.
- W porządku - Krakobrody już miał ruszyć we wskazanym kierunku, gdy coś mu się przypomniało.
- Hola hola. A jeśli tam pójdę a on zamieni mnie w coś równie ob... yyy... oryginalnego? Co wtedy?
- Weź mój kolczyk - jedna z macek wysunęła się naprzód, popychając po kamieniu drobną błyskotkę ze srebra i górskiego kryształu. - On cię ochroni.
- Ciebie jakoś nie ochronił - mruknął sceptycznie kapitan.
- Nic nie rozumiesz. - Zaczęła tłumaczyć spokojnie Mirella - Amulet, za pomocą którego rzucił na mnie ten urok, ma ograniczoną moc. Nie może rzucić tego samego zaklęcia dwa razy na ten sam obiekt. Ten kolczyk jest takim właśnie obiektem. Ochroni cię, zobaczysz.
- No dobra - schował drobiazg do kieszeni kamizelki i ruszył w drogę.
Niewielki domek z ciemnoczerwonej cegły pasował do otaczającej go zewsząd głuszy jak różowa tapicerka do czarnego kombajnu marki Bizon. Biorąc jednak pod uwagę ostatnie wydarzenia, Krakobrody postanowił nie dziwić się niczemu. Wydobył zza pasa pistolet i mocno zastukał mosiężną kołatką. Po chwili w drzwiach pojawił się łysy karzeł odziany w brązowy surdut i... sądząc po gołych, owłosionych nogach w nic więcej. Na szyi nosił dyskretny czarno czerwony amulet wielkości pięści. Błyskotka przypominała nieregularną gwiazdę.
- Dzień dobry - rzekł cierpko Krakobrody przystawiając gospodarzowi lufę do czoła. Konus cofnął się odruchowo, dzięki czemu pirat mógł swobodnie wejść do środka i rozejrzeć się.
- Podobno mieszka tu jakiś czarodziej? - Zapytał mężczyzna wciąż mierząc do krasnala. Jednocześnie lustrował wzrokiem całe pomieszczenie. Innych lokatorów nie dostrzegł, rzuciło mu się za to w oczy eleganckie umeblowanie i gęsto upakowane na ścianach wizerunki półnagich kobiet. "To jest nawet niezłe" - pomyślał utkwiwszy wzrok w malowidle, przedstawiającym dwie rude niewiasty kąpiące się w strumieniu.
- Ja jestem czarodziejem - wyrwał go z zamyślenia karzeł. Cz... Czyym mogę służyć?
- Ty? - Kapitan odwrócił głowę i raz jeszcze zmierzył go wzrokiem. Wyglądasz mi raczej na... No nieważne - oparł się o komodę, nie opuszczał jednak broni. - Sprawa wygląda następująco. Nieopodal na polanie jest pewna księżniczka, na którą rzuciłeś zły czar. Teraz go grzecznie zdejmiesz, a ja sobie pójdę. Nadążasz?
- Hmmm - mruknął kurdupel, najwyraźniej uspokojony tym, że gość chce z nim rozmawiać a nie tylko podziurawić - Zagrajmy w zagadki! - zaproponował z nutką entuzjazmu.
- Niby dlaczego miałbym z tobą grać w cokolwiek? - zdziwił się mężczyzna wymachując wymownie bronią.
- Boo... - pośpieszył z wyjaśnieniami łysek - strzelać potrafi byle pirat, ale tylko najmędrsi poradzą z sobie ze starożytnymi zagadkami gnomów!
- No doobra - zgodził się Krakobrody podejmując wyzwanie. - Dawaj tę zagadkę!
- Co to jest: Po wodzie pływa, kaczka się nazywa?
- Hmmm - zamyślił się pirat węsząc podstęp. - Kaczka?
- Dobrze! Jak to zrobiłeś? - karzeł był wyraźnie zaskoczony.
- Ślepy traf - mruknął korsarz. - Możesz już zdjąć ten urok?
- Nie! To było za proste! Słuchaj tego. Co to za zagadka: dwie kulki i armatka?
- Nieduża armata z dwiema kulami - odparł natychmiast Krakobrody, albowiem tę zagadkę już kiedyś słyszał.
- Szlag! Oszukujesz! Ale posłuchaj tego...
- Dość! - przerwał mu pirat odciągając kurek pistoletu. - Albo w tej chwili zdejmiesz klątwę, albo miła pani na portrecie za tobą dostanie nową suknię. Z fragmentów twojego łysego łba. Jak ci się podoba ta opcja?
- Dobrze już dobrze - odparł krasnal podnosząc do góry krótkie rączki. - Tylko się nie denerwuj. Zaraz zdejmę czar.
- Tylko bez gwałtownych ruchów.
Kurdupel powoli sięgnął dłonią do amuletu. Gdy tylko go dotknął, klejnot zaświecił jaskrawo-różowym promieniem. Po chwili wyleciał z niego błyszczący pocisk nie większy od orzecha włoskiego i uderzył wprost w pirata. Kapitan poczuł, jak kolczyk w jego kieszeni zadrgał. Spodziewając się najgorszego pociągnął za spust. Gnom rozszerzonymi z przerażenia oczami obserwował jak jego magiczne zaklęcie wraca do niego wraz z ołowianą kulą. Bardzo krótko obserwował. Oba pociski trafiły jednocześnie w środek magicznego amuletu. Pokój wypełnił huk, dym, i mlecznoróżowe światło. Dłuższą chwilę zajęło Krakobrodemu odzyskanie kontroli nad własnymi zmysłami. Spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał jego przeciwnik. Po karle nie było ani śladu. Na osmalonej podłodze leżał tylko surdut, a pod nim sterta czerwonych i czarnych misiów żelków, na oko o łącznej objętości czarodzieja, którym jeszcze przed chwilą były.
- Kłamliwy dewiant - mruknął kapitan podchodząc bliżej. Podniósł z podłogi czarnego miśka i odgryzł mu główkę.
- Cola z rumem. Moje ulubione! - ucieszył się, po czum naładował sobie pełne kieszenie i ruszył w drogę powrotną.
Maszerował dziarsko w kierunku polanki, mając nadzieję, że śmierć karła przełamała klątwę. Przedzierając się przez zarośla próbował sobie wyobrazić prawdziwą postać Mirelli. To, co zastał jednak na znajomej polance, zupełnie go zaskoczyło.
Zbliżał się wieczór, niebo zasnuły pojedyncze, kłębiaste chmurki. Płaski kamień, na którym ostatnio siedziała zaczarowana księżniczka, był pusty. Krakobrody obszedł go dookoła, rozglądając się po okolicy, nawołując. Bez skutku. Wszedł w końcu na podwyższenie i przyjrzał się gładkiej jak stół skale. Na jej środku leżał srebrny kolczyk z kamieniem górskim - bliźniacza kopia tego, który miał w kieszeni. Obok zaś, na szarej powierzchni dało się dostrzec wilgotny odcisk dłoni. Drobnej, niewątpliwie kobiecej dłoni. Po chwili, zza jednego z obłoków wyszło słońce. Światło ogrzało szary głaz. Dłoń zniknęła bez śladu...
Muszę przyznać, że czytając się trochę uśmiałam. Gdzieś już słyszałam tę zagadkę o armatce.
OdpowiedzUsuńDobry rozdział, jestem ciekawa jak wygląda owa księżniczka?